Czwartek, 12 grudnia 2019. Imieniny Ady, Aleksandra, Dagmary

Nadszedł maj 1947. Mam już jedenaście lat i chodzę do szkoły – wspomina powojenny czas Genowefa Cebeniak z Siemian

2019-12-01 10:00:00 (ost. akt: 2019-12-01 10:24:35)
Powojenna szkoła

Powojenna szkoła

Autor zdjęcia: pixabay.com

Publikujemy dziś piątą, przedostatnią część niezwykłych, momentami bardzo tragicznych i poruszających wspomnień Genowefy Cebeniak z Siemian (gm. Iława) z okresu wojennego i powojennego.

Autorka urodziła się 8 maja 1936 roku w Ulczu. Obecnie ma 83 lata, od 60 lat jest mieszkanką malowniczej miejscowości Siemiany (gm. Iława). Doświadczona tak trudnymi przeżyciami swoje dorosłe życie wypełnia jako społecznik, angażując się we wszystkie ważniejsze wydarzenia wśród lokalnej społeczności.

PRZECZYTAJ PIERWSZĄ CZĘŚĆ: "Najgorszy był strach" — przejmujące wspomnienia wojenne i powojenne Genowefy Cebeniak

PRZECZYTAJ DRUGĄ CZĘŚĆ: Powrót do ukochanej Polski... przez piekło

TRZECIA CZĘŚĆ: Wojsko ostrzegało nas, aby uważać na miny [cd. wspomnień wojennych Genowefy Cebeniak]

CZWARTY ODCINEK: Mój mały braciszek umierał na rękach taty i na naszych oczach

A teraz publikujemy przedostatnią, piątą część...

Nadszedł maj 1947. Mam już
jedenaście lat i chodzę do szkoły

(...) Śmierć mojego braciszka zmieniła nas wszystkich. W tych jakże okrutnych czasach była to dla nas ogromna tragedia. Minęło kilka tygodni zanim udało się nam choć trochę otrząsnąć po śmierci brata. Zaczęło nachodzić nas coraz częściej wojsko, po nocach, strasząc, że spalą nasz dom. Byliśmy przerażeni. Do naszego domu, jak już wcześniej pisałam, wprowadziła się jakiś czas temu kobieta z synami.

Zastraszona wyprowadziła się wraz z rodziną do wsi Groszówka, my zaś zostaliśmy sami na tej kolonii. Obawa o życie naszej rodziny powoduje, że tata zabiera nas do wsi. Mieliśmy wprowadzić się tam gdzie mieszkała ciocia. Domu wprawdzie nie było, lecz ostała się piwnica. Nieważne w jakich warunkach, ważne że bardziej bezpieczni. Tata wybił otwór w ścianie i wstawił tam okno. Następnie skonstruował komin i wstawił jakiś piecyk. W takich warunkach zastała nas zima a potem wiosna. Regularnie kontrolowały nas wojska, nie wiem nawet jakie.

Pamiętam któregoś wiosennego poranka, kiedy wszyscy jeszcze spali, wpadli żołnierze i kazali okazać nam dokumenty. Tych nie posiadaliśmy oprócz „Kennkarte” ( karta rozpoznawcza - dokument tożsamości wydawany obligatoryjnie przez okupacyjne władze niemieckie). Po okazaniu tej karty oficer obwieszony medalami wziął dokument do ręki i go podarł, zaś tatę zaczął okładać pięścią gdzie się da. Bardzo z mamą płakałyśmy, jeszcze bardziej gdy oficer rozkazał tacie dołączyć do reszty mężczyzn stojących na zewnątrz. Byli oni równie mocno poturbowani jak tata. Bałyśmy się z mamą, czy zobaczymy się jeszcze z tatą.

Gdy wrócił po trzech dniach mówił, że zagnano ich do wsi Żohaten, oddalonej od nas o ok. 15 kilometrów i tam w kuźni ich przesłuchiwano. Przy tym okrutnie ich torturowano, wybijano zęby i okaleczano na wiele innych okrutnych sposobów. Pamiętam do dziś naszą radość z tego, że znów jesteśmy razem. Tata był potwornie obolały, na całym ciele, mówił, że najgorsze było to, że wojskowi, którzy ich tak potraktowali to byli ‘nasi’ choć, więcej mówili po rosyjsku niż po polsku. Najważniejsze jednak, że byliśmy znów razem.

Przesiedlenia
Nadszedł maj, rok 1947. Kolejne wysiedlenie. Nikt nie wie dokładnie co się dzieje, ja nadal nie chodzę do szkoły, gdyż nigdzie w okolicy się one nie tworzą. A dalsze przemieszczanie się jest zabronione. Mam już jedenaście lat. Rodziców ogarnął strach, wiedzieli już, że będzie wysiedlenie, nie wiedzą tylko gdzie. Oby nie na Sybir.

Jakimś cudem tata dowiedział się w tajemnicy, że nas wywiozą na ziemie odzyskane. No i stało się, wysiedlono wszystkich ludzi z okolicy. Nas przewieziono do wsi Chełmżyca, w sumie 11 rodzin. Zakwaterowano nas w świetlicy, spaliśmy na słomie jak śledzie przez trzy dni. Wojsko dowiozło nam po trzech dniach jedzenie i znów nas podzielono. Mnie i rodziców zawieziono do Redak. Tam tata pracował u gospodarza, który na nazwisko miał bodajże Masterna. Pracę wykonywał głównie na polu, przy koniach, ja zaś zatrudniona zostałam do opieki nad dwuletnim chłopcem.

Moja mama trafiła w inne miejsce, do wielopokoleniowej rodziny, do p. Kasprzak, również pracowała na roli. Ja niestety długo tam nie przebywałam, bo znów poważnie zachorowałam na tyfus brzuszny. Straciłam przytomność i w tej sytuacji zawieziono mnie do szpitala. W tym czasie wysiedlano kolejnych Niemców z tych terenów i utworzyły się wolne miejsca (PGR-y). Nas wysiedleńców zaczęto do takich miejsc przewozić do pracy. Osiedlono czternaście rodzin podczas tzw. akcji Wisła, w tym moją rodzinę. Majątek na który trafiliśmy nazywał się Droczyn, z niemieckiego Drauzen, obecnie miejscowość nazywa się Ulnowo. Przez ok. 2 miesięcy byłam w szpitalu, który mieścił się wówczas w Suszu. Do ‘domu’, jeśli można tak to nazwać, trafiłam już do Ulnowa.

Szkoła
W tym momencie rozpoczął się nowy rozdział w moim życiu, moje nowe życie. Wreszcie zaczęłam chodzić do szkoły. Trafiłam do klasy drugiej, umiałam wtedy już czytać i pisać, a nawet liczyć, nauczył mnie tego mój tata. Niestety nie wszystkie dzieci w moim wieku mogły liczyć na jakąkolwiek naukę w domu. W szkole było nas trzydzieścioro, uczyła nas wspaniała nauczycielka, pani Mondzieleska, o ile dobrze pamiętam jej nazwisko.

Nie była to typowa szkoła, jakie dziś widzimy w miastach. Był to mały domek, w którym kiedyś mieszkał niemiecki ogrodnik. Teraz mieszkała tam nasza wychowawczyni. Tam udało mi się dokończyć czwartą klasę, nie do końca z naszą panią, która niestety zachorowała. Na zastępstwo przyszedł inny nauczyciel ze swoją żoną, która również nas uczyła. Po jakimś czasie adoptowali małe dziecko, gdyż nie mogli mieć swoich. Każdego dnia jedno z nas musiało opiekować się tą dziewczynką i wówczas nie było na lekcji.

Jak się okazało nauczyciel miał problem z alkoholem, na zajęcia z nami przychodził zawsze pijany. Znudziła mi się rola niani dla ich dziecka, chciałam się uczyć, a nie niańczyć dzieci i odmówiłam im opieki nad ich dzieckiem. To wywołało gniew u nauczyciela i spowodowało, że się na mnie uwziął i wystawił mi na koniec roku dwóję z matematyki. Spowodowało to że nie mogłam przejść do następnej klasy i do następnej szkoły, jaka mieściła się w Suszu. Poskarżyłam się moim rodzicom, płakałam, jednak nic nie wskórałam. Rodzice nie zwracali na to uwagi, nawet jeszcze oberwałam, gdyż nie uwierzyli mi, takie były kiedyś czasy. Ale nauczyłam się do tej pory, że muszę sobie sama radzić i spróbować zawalczyć o swoje i tak też uczyniłam.

Poszłam z płaczem do kierownika PGR-u, p. Broniszewskiego, aby mi pomógł. Był to bardzo dobry człowiek, dobrze wykształcony. Przed wojną ukończył studia wyższe. Gdy do niego przyszłam, on już całą sprawę miał przedstawioną dzięki swojej córce Danusi, która razem ze mną uczęszczała do tej samej klasy. Była trochę młodsza ode mnie i słabsza z matematyki, to ja jej ciągle pomagałam z nauką. Kierownik wezwał kuratora, który mnie przeegzaminował i okazało się, że zdałam na piątkę. Sprawdzono nauczanie nauczyciela i uznano jego winę, a za pijaństwo od razu go zwolniono. Ja poszłam do piątej klasy do Susza, do szkoły wieczorowej, miałam wówczas piętnaście lat. Mój były nauczyciel dostał pracę jako sekretarz w wojskowej jednostce, również mieszczącej się w Suszu. Pamiętam, jak kilka razy spotkałam go na ulicy, bardzo mi się odgrażał, ale nie okazywałam strachu i dał sobie w końcu na spokój.

Historia z Ulnowa
Muszę opisać jeszcze jedną historię podczas naszego pobytu w Ulnowie. Na początku traktowano nas tam jak bandytów, ciągle podsłuchiwano nas pod oknami, to było UB. Wszyscy przesiedleni mężczyźni byli wzywani do siedziby UB w Iławie. Ludzie wcześniej przesiedleni byli do nas wrogo nastawieni, gdyż tak im nas przedstawiono. Jednak na szczęście ludzie się do nas sami przekonali, tata otrzymał cztery konie do karmienia i do pracy, mama zaś 15 krów do dojenia.

Jak to na wsi, pracy było bardzo dużo, nie było przecież żadnych maszyn, dlatego mi, nastoletniej dziewczynce przyszło chodzić po zakupy do miasta. Jedynie chleb mama sama wyrabiała, dawano wówczas zboże w deputacie i końmi wożono je w kilka osób do młyna, aby zmielić. Po resztę trzeba było pójść do sklepu do miasta. Pamiętam, że widok człowieka w mundurze bardzo mnie stresował, zostało mi to zapewne po dotychczasowych przeżyciach.

Pewnego popołudnia rodzice wysłali mnie do sklepu, idąc zauważyłam jadącego rowerem listonosza. Na jego widok zaczęłam szybko uciekać w pole, a listonosz widząc mnie pobiegł za mną, pytając dlaczego przed nim uciekam. Wówczas wszystko jemu opowiedziałam, ten człowiek bardzo mi pomógł pokonać strach przed mundurem i uporać się częściowo z powojenną traumą. Powiedział mi, że jest już po wojnie, i że teraz niczego już nie muszę się bać. I tak mijały kolejne miesiące, kończyłam piątą klasę.

Do szkoły miałam 5 kilometrów, oczywiście pieszo, zajęcia rozpoczynały się o godz. 16 a kończyły ok. 21. Należało jeszcze pokonać drogę do domu i na siódmą następnego dnia stawić się do pracy. Młodzież brano wówczas do pracy w ogrodnictwie. Mimo, iż żyło się spokojniej nabawiłam się nerwicy żołądka. Pewna pani doktor z okolicy stwierdziła, że moje ataki bólowe spowodowane są przeżyciami podczas wojny. Nie było na to lekarstwa musiałam sama sobie z tym poradzić.

Zapraszam na ostatnie wydanie moich wspomnień, już w grudniowym wydaniu Życia Powiatu Iławskiego oraz na portalu internetowym "Gazety Iławskiej".
Genowefa Cebeniak


Opracowanie: Joanna Babecka, Starostwo Powiatowe w Iławie www.powiat-ilawski.pl

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (3) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Tutejszy #2827699 | 185.138.*.* 1 gru 2019 12:19

    Ciężkie czasy były wówczas dla wszystkich. Pani Genowefa opowiada, że nie wie jakie wojsko do nich przychodziło. To należy wyjaśnić, że to "wojsko" przychodzące w nocy to byli upowcy. Dziadek mojej żony, także Ukrainiec, po powrocie z wywózki na roboty do Niemiec, także miał "odwiedziny wojskowych". W dzień przychodzili Polacy namawiając go do wstąpienia do Milicji a w nocy przychodzili upowcy zmuszając go do wstąpienia do upa. Miał żonę i małe dziecko i serdecznie dość tego wiecznego nękania i zgodził się dobrowolnie na wywózkę na Ukrainę jeszcze przed akcją "Wisła". Żył tam spokojnie, między swoimi kilkanaście kilometrów za Lwowem aż do śmierci.

    Ocena komentarza: warty uwagi (15) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Grom #2827698 | 83.31.*.* 1 gru 2019 12:19

    Chętnie Gazecie Olsztyńskiej z nazwy (rzeczywiście niemieckiej), podrzucę ciekawsze wspomnienia mojego dziadka z czasów 2 wojny światowej, jak został wywieziony na pracę przymusową do Niemiec i był tam traktowany jak niewolnik.

    Ocena komentarza: warty uwagi (15) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. M...n #2827680 | 83.9.*.* 1 gru 2019 11:49

    Dziękuję za te wspomnienia przypominają mi losy mojej babci. Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages