Czwartek, 16 sierpnia 2018. Imieniny Joachima, Nory, Stefana

Stan wojenny, wycieczka z Niemcami, operacja. Moje nietypowe Święta Bożego Narodzenia

2017-12-23 15:00:00 (ost. akt: 2017-12-21 13:34:47)
Swoimi świątecznymi wspomnieniami podzieliła się z nami m.in. Aleksandra Skubij, dyrektor SP1 w Iławie, która żałowała rodzinnej eskapady w góry...

Swoimi świątecznymi wspomnieniami podzieliła się z nami m.in. Aleksandra Skubij, dyrektor SP1 w Iławie, która żałowała rodzinnej eskapady w góry...

W ŚWIĄTECZNYM KLIMACIE\\\ Poprosiliśmy naszych rozmówców o to, by sięgnęli pamięcią wstecz i opowiedzieli o swoich nietypowych Świętach Bożego Narodzenia bądź wzruszającym wieczorze wigilijnym. Niektóre opowieści są zabawne, inne smutne, a jeszcze inne dramatyczne. Wszystkim serdecznie dziękujemy i życzymy szczęśliwych Świąt.

Agata Kirzanowska, dyrektor biblioteki miejskiej w Suszu:
— Najdziwniejsze święta Bożego Narodzenia przeżyłam będąc dzieckiem. Jak co roku oczekiwałam z niecierpliwością odwiedzin Mikołaja. Wierzyłam bez zastrzeżeń, że przylatuje saniami, zaprzężonymi w renifery i stuka do drzwi grzecznych dzieci, przynosząc prezenty. Jednak ten wigilijny wieczór, gdy miałam 7 lat zmienił wszystko i były to najdziwniejsze i najbardziej zaskakujące święta w moim życiu.
Przed kolacją mama wysłała mnie do sąsiada po cukier. Sąsiad, serdeczny, puszysty siwy pan, pożyczył mi cukier, a gdy wyciągał w moją stronę torebkę, zauważyłam na jego nadgarstku tatuaż - dwie splecione kotwice. Późnym wieczorem, gdy po długim oczekiwaniu pojawił się u nas wreszcie Mikołaj, mogłam się do woli przypatrzeć dobrodusznemu grubaskowi w czerwonym płaszczu. Jakież było moje zaskoczenie gdy na ręce, którą podawał mi prezent zauważyłam tatuaż, identyczny jak u sąsiada! Dla siedmiolatki świadomość, że to nie Mikołaj daje prezenty, a przebrany sąsiad była szokiem. Te święta na długo zapadły mi w pamięć jako jedne z najdziwniejszych, które przeżyłam.


Krzysztof Pietrzykowski, burmistrz Susza:
— Muszę trochę sięgnąć pamięcią, ale zdaje się, że moje najdziwniejsze, a może najsmutniejsze święta przypadły w 1975 roku. Byłem wtedy 19-letnim chłopakiem, służyłem w wojsku w Szczecinku. W wieczór wigilijny odbywałem wartę na bramie głównej. Była piękna zimowa pogoda, dużo śniegu. I wtedy, muszę powiedzieć, czułem się bardzo osamotniony. Myślałem, że bez problemu to zniosę, ale kiedy przyszedł wieczór i widziałem tych wszystkich ludzi krzątających się, rodziny uśmiechnięte, światełka dookoła, to czułem wielką tęsknotę za domem. I były to chyba najbardziej bolesne dla mnie święta, jakie pamiętam. Tłumaczyłem sobie w duchu, że to nic wielkiego, ale na niewiele się to zdało. W nagrodę za tę wigilijną wartę dostałem przepustkę do domu na sylwestra, z której oczywiście z przyjemnością skorzystałem. Ale do dziś pamiętam tamtą wigilię.


Iwona Gawińska, prezes oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Iławie:
— Moje wspomnienia świąteczne, które od razu przychodzą mi do głowy to te z 1974 roku. Dostałam wtedy pod choinkę płytę analogową zespołu Abba, którego byłam wielką miłośniczką i tak jest zresztą do dziś. Niestety nie posiadałam wówczas gramofonu i musiałam czekać na odsłuchanie tejże płyty trzy lata, jak nie więcej. W tym czasie, w mało którym domu były gramofony, bo nie można było ich kupić, co dziś brzmi nierealnie. Poza tym były bardzo drogie, a z kasą różnie bywało. Wciąż mam tę płytę i co kilka lat wraz z innymi starociami, m.in. zabytkowym gramofonem, odkopuję z piwnicy i następuje muzyczna degustacja. I wciąż jestem fanką zespołu Abba. Pewne rzeczy w życiu się nie zmieniają.


Marek Polański, starosta powiatu iławskiego:
— Mam kilka miłych wspomnień świątecznych. Jedno takie trochę jak przez mgłę, bo było to naprawdę dawno... Miałem może 5 albo 6 lat. Wieczór wigilijny a ja leżałem chory, z wysoką gorączką. Cała rodzina siedziała już przy stole i zaczynała się wieczerza wigilijna. Przyszedł po mnie tata do pokoju i na rękach zaniósł takiego osłabionego w chorobie żebym zobaczył ustrojoną i błyszczącą choinkę, a pod nią był dla mnie prezent. Niestety nie pamiętam jaki. Ale moment pamiętam, bo był jakiś taki magiczny, wzruszający. Pamiętam też, że był potężny mróz, którzy właściwie całe moje dzieciństwo i młodość towarzyszył świętom. Nasz tata sam wykonał narty, ze skórzanymi wiązaniami, wyprofilowane jak się należy. Do dziś mam przed oczami, jak wyginał je nad parą. Wszyscy na nich jeździliśmy, a była nas czwórka – trzech chłopaków i jedna siostra. Jest co wspominać.


Maciej Rygielski, etatowy członek zarządu powiatu iławskiego:
— Nie muszę nawet na chwilę się zastanawiać, która moja wigilia były najdziwniejsza i chyba najsmutniejsza w życiu. Był 1981 rok, stan wojenny. Miałem 22 lata, mieszkałem wtedy u ciotki i wuja w Warszawie, w te święta nie było ich w kraju. Byli lekarzami WHO i wyjechali na misję lekarską. A ja w tym czasie pracowałem jako konserwator w dużym szpitalu przy ul. Kasprzaka. Miałem akurat nocny dyżur. Wigilia odbyła się na internie w towarzystwie pani doktor i kilku pielęgniarek – było jakoś smutno i daleko od domu, ale w miarę możliwości wszyscy starali się ten wieczór umilić. Pamiętam uliczne patrole, sprawdzanie przepustek. Dopiero na święta Wielkanocne mogłem przyjechać do domu, do Iławy.


Beata Grzechnik, sołtys sołectwa Wola Kamieńska w gminie Iława:
— Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, kiedy usłyszałam pytanie, to może nie zabawne, ale na pewno dramatyczne święta w moim życiu. Dzień przed ubiegłoroczną wigilią wróciłam do domu ze szpitala w Bydgoszczy, po długim pobycie i bardzo ciężkiej, niebezpiecznej operacji głowy. Nie byłam może w super formie, bo nastąpiły komplikacje i potrzeba była mi pomoc medyczna już tu na miejscu w Iławie, ale po prostu autentycznie cieszyłam się, że żyję.
Tej radości nie można porównać z żadną inną. To były najpiękniejsze i chyba najwartościowsze święta w moim życiu. Bycie z rodziną, wspólnie przy stole wigilijnym nigdy wcześniej nie sprawiły mi aż tak ogromnej radości. To właśnie wsparcie rodziny i najbliższych było dla mnie największym prezentem, jaki mogłam sobie wymarzyć. To prawda, że po takich przeżyciach człowiek przewartościowuje wiele spraw, nie gna tak za sprawami mało ważnymi, ceni i celebruje czas spędzony z rodziną. Rozumie nagle, że praca jest dodatkiem do życia, a nie odwrotnie. I tego się trzymam.


Joanna Kwiatkowska, rzecznik prasowy iławskiej komendy policji:
— Moje najpiękniejsze święta to te, które spędziłam mając w komplecie, po raz pierwszy, swoje własne dzieci, męża i w ogóle rodzinę. Był rok 2012. Szymek miał 7 miesięcy a Alicja 3 latka. Było wspaniale. Mąż odegrał rolę św. Mikołaja, a dzieciaki były jak zaczarowane. Dlaczego akurat te święta? Może dlatego, że sama nie miałam błogiego dzieciństwa. Kiedy miałam 10 lat moja mama wyprowadziła się z domu a tata zrobił to kilka lat wcześniej. Znam trudne sytuacje rodzinne, można powiedzieć, od podszewki. Wychowywali mnie dziadkowie i nie było to łatwe dla jednej i dla drugiej strony. Na pewno wszystkie te przeżycia pomagają mi w pracy, bo wiele spraw rozumiem i się nie dziwię. Życie bywa bardzo trudne i ja to wiem, dlatego cenię to co mam.


Piotr Ambroziak, szef wydziału komunikacji społecznej w urzędzie miasta w Iławie:
— Jest taki okres w życiu każdego młodego człowieka, okres buntu, pragnienia usamodzielnienia się. Do tego chęć ucieczki przed obowiązkami świątecznymi i przygotowaniami, nie rzadko w nerwowej atmosferze. Miałem i ja taki okres w życiu. Minęło już ponad 20 lat od tamtego wydarzenia. Pewnej zimy dostałem propozycję od biura podróży by spędzić z grupa niemiecką tydzień w Karkonoszach jako opiekun/pilot. Normalna rzecz w sezonie turystycznym, ale w okresie Bożego Narodzenia nie każdy podejmuje się takiej pracy.
Mi to akurat pasowało, uciec od świąt z rodziną i jeszcze można było zarobić. Pytanie tylko, jak to przekazać rodzicom i siostrze, że nie będzie mnie na wigilii i w ogóle przez całe święta? Postanowiłem więc nic nie mówić i ukradkiem dzień przed wigilią wyszedłem z walizką z domu. Ot, taki bunt. Jeszcze nie wiedziałem, że będę tego żałował.
Pojechałem więc do Jeleniej Góry. Opowiadam Niemcom podczas pierwszej rundy busem po Karkonoszach o polskich tradycjach wigilijnych. Wszyscy już się cieszą na ucztę wigilijną wieczorem w hotelu. Wszyscy się przebierają w eleganckie stroje. Wchodzimy na salę restauracyjną. Siadamy przy stołach i... serwują nam barszcz z torebki (sorry ale ten smak wyczuję) a na drugie... dwie sielawy smażone i gar kartofli. I już czar i urok świąt szlag trafił. I jeszcze strucla na deser. Gdzie ten karp smażony przez mamę, gdzie moje kochane pierogi z kapustą? Gdzie makowiec według przepisu babci? Do tego jeszcze zamiast kolęd jakiś koleś przygrywał na keebordzie niemieckie szlagiery. Pożałowałem. Już nie chciałem tych pieniędzy za tą robotę. A mogłem siąść jak człowiek z rodziną i łamiąc się opłatkiem wybaczyć sobie nawzajem wszelkie żale uzbierane przez cały rok.
Przy recepcji hotelu znalazłem telefon na żetony i zadzwoniłem do rodziców z życzeniami świątecznymi, a przede wszystkim z przeprosinami. Pierwszy i ostatni raz spędzałem takie święta.


Aleksandra Skubij, dyrektor szkoły podstawowej nr 1 w Iławie:
— Święta Bożego Narodzenia spędzano w mojej rodzinie tradycyjnie. Czternaście lat po ślubie, gdy dzieci miały 12 i 6 lat, postanowiliśmy złamać dotychczasową tradycję i przeżyć Święta Bożego Narodzenia w górach. Dzieci były zachwycone perspektywą wyjazdu. Co prawda mieliśmy wątpliwości, co powiedzą dziadkowie i siostra, ale, o dziwo, wszyscy przyklasnęli temu pomysłowi. Wybraliśmy jeden z domów wczasowych w Krynicy-Zdroju w Beskidzie Sądeckim.
W 1996 roku trafiliśmy na bardzo mroźne święta - temperatura przekraczała minus 30 stopni Celsjusza. Jednak nasz zapał do świątecznej zimowej przygody nie ostygł. Było tam wiele atrakcji do spędzania czasu z dziećmi: od Góry Krzyżowej i Góry Parkowej z torami narciarskimi i saneczkowymi otaczających miasto po kryte lodowisko i zaplecze sportowe. Było też co zwiedzać i gdzie spacerować. Jednym słowem: śnieg, góry, mróz - wszystko, co sobie wymarzyliśmy, ale...
Gdy w wigilijny wieczór zasiedliśmy przy 4-osobowych stołach w dużej sali jadalni domu wczasowego, gdzie nikogo nie znaliśmy, to mimo smacznie przyrządzonych potraw, nikt nie siedział dłużej, niż to było konieczne. Nawet małe dzieci, dla których ubrano choinkę, nie wykazywały chęci siedzenia tam dłużej. [Podkreślę, że 20 lat temu nikt jeszcze nie organizował w takich miejscach jak dziś powszechnych animacji dla dzieci.] Szybko więc zjedliśmy kolację i poszliśmy do pokoju, w którym na Marzenę i Adriana czekały niespodzianki. Tu dopiero były serdeczne życzenia i opłatek. Było też wzruszenie i wspominanie całej rodziny, której tak było brak... I chociaż w sumie ciekawie spędziliśmy ten czas w górach, póki dzieci mieszkały z nami, święta spędzaliśmy już zawsze razem z rodziną.


Tomasz Gąska, trener i założyciel Iławskiego Klubu Kyokushin Karate:
— Aby opowiedzieć o świętach najbardziej dla mnie oryginalnych, takich, które najlepiej wspominam i które utkwiły mi w pamięci, muszę cofnąć się do lat 70-tych ubiegłego wieku. Wówczas, w czasach wiadomego ustroju, nie było absolutnie takich prezentów jak dziś. Mało tego: smak banana czy pomarańczy pamiętało się tygodniami, takie były czasy. Dlatego też byłem niezwykle pozytywnie zaskoczony, gdy Mikołaj przyniósł mi bardzo rzadko występującą w tamtych latach w naszym kraju kolejkę TT Hobby produkcji niemieckiej. To była bardzo elegancka i starannie wykonana zabawka, wiadomo: made in DDR, a Mikołajowi w jej załatwieniu przydały się znajomości mojej mamy w tzw. sklepie papierniczym. Domyślam się zatem, że kolejka wyjechała bezpośrednio spod sklepowej lady. Prezent służył mi przez lata. Po jego otrzymaniu praktycznie codziennie odpalałem moją kolejkę. Co ciekawe, prawie identyczną kupiłem po latach mojemu synowi Kamilowi. W momencie otrzymania tego prezentu miał wówczas tyle lat, co ja gdy sam dostałem kolej.
Święta zawsze staram się spędzać w gronie najbliższych, w gronie rodziny. Nie ma mowy o wyjeździe na zawody czy turnieje karate, bo święta bożego narodzenia są bardzo ważne. Choć przyznam tu, że jedne święta spędziłem poza domem, wyjechałem wówczas do Japonii, jednak na moje usprawiedliwienie dodam, że były to święta wielkanocne.


Ewa Junkier, wiceburmistrz Iławy:
— Moje najbardziej oryginalne święta to historia o smutnym początku i szczęśliwym zakończeniu. To był rok 1981, mówimy więc o świętach które miały miejsce niecałe dwa tygodnie po wprowadzeniu stanu wojennego. To był okres trudny dla kraju, ale także dla mojej rodziny — wcześniej zmarł bowiem mój tata. Postanowiłyśmy z mamą, że nie spędzimy tych akurat świąt w Iławie tylko wybierzemy się do naszej rodziny do Inowrocławia. Ale przecież ogłoszono stan wojenny, jak tu poruszać się po takim kraju? Moja mama, jakimś cudem, załatwiła przepustki dzięki którym mogłyśmy pojechać. Szczerze mówiąc, do tej pory nie wiem jak tego dokonała. Dodam jeszcze, że towarzyszył nam nasz pies.
Najbardziej i najgorzej wspominam podróż pociągiem: na dworcu nie było nikogo poza żołnierzami, było zimno i smutno. Sam przejazd też był ciężkim przeżyciem, a do Inowrocławia dojechałyśmy dopiero przed północą. Pamiętam, że bardzo obawiałam się tego, że dom mojej rodziny będzie już zamknięty, że nikt nie będzie na nas czekał. Tymczasem okazało się, że wujek, ciocia, moi kuzynowie czekali na nas do końca. Nie było wówczas komórek, nie mogliśmy się skomunikować, więc też rodzina nie wiedziała którym pociągiem przyjedziemy z Iławy. Cała eskapada zakończyła się jednak pozytywnie, a my z mamą i psem w gronie najbliższej rodziny mogliśmy spędzać święta.

Wspomnienia zebrali Magdalena Rogatty i Mateusz Partyga
ilawa@gazetaolsztynska.pl

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages